<< Badania symulacyjne - a my ci±gle z ty³u! |
L¶nienie >>Autorem artyku³y jest
Piotr £eszykRzecz dzieje siê w mêskim pu³ku huzarów w fikcyjno-operetkowej stolicy pañstwa Szprotii – Skownii („obok” Szprotii, s± ju¿ tylko: Byczkowja i Flondria).
Filmowi huzarzy to m³odzi mê¿czy¼ni, ubrani w bia³e mundury z czym¶ na podobieñstwo fezów na g³owie (czy ma to co¶ wspólnego z masoneri± Shrine'rsów? Nie mam pojêcia ale najprawdopodobniej nie – choæ histerycy po³±cz± pewnie fez z arystokratycznym czarnym pier¶cieniem Nika i oka¿e siê, ¿e „co¶ tam jest na rzeczy”).
W¶ród grona mê¿czyzn jest i nasz bohater g³ówny, arystokrata i birbant Niko ksi±¿ê Quanti (w tej roli dystyngowany d¿entelmen Aleksander ¯abczyñski), którego wszyscy w pu³ku (a i my z wolna równie¿), kojarz± z ci±g³ymi orgietkami...
„Akcja” zaczyna siê wtedy, kiedy – uszminkowany kobiecymi usty – Niko spó¼nia siê na porann± zbiórkê w pu³ku – ale, „na ca³e szczê¶cie”, znaj±cy, widaæ, ¿ycie, dowódca potraktuje go wyrozumiale bêd±c pomny swojej w³asnej m³odo¶ci.
Zwracam wasz± uwagê na piêkne polskie formy jêzykowe „mówione” przez aktorów (film powsta³ w roku 1935)... ¯e te¿, w czasach takiego skundlenia jêzykowego – jak, uwa¿am, czasy dzisiejsze – mówiæ poprawn± polszczyzn±, to, niemal¿e, „filozofowaæ”, czyli, jakby, celowo zaciemniaæ s³uchaczowi punkt doj¶cia naszej „mowy”; ¿e te¿ za mowê piêkn± uchodzi dzi¶ mowa i gramatycznie i „w ogóle” poprawna... niepojête!
Niko – przez swoj± rodzinê wylinia³ych arystokratów (a ka¿da postaæ „tych” Pañstwa jest w filmie celowo przekolorowana) – pêdzony jest si³± do ma³¿eñstwa z niejak± baronow± Colmar, któr± Niko (mylnie z reszt±!), podejrzewa o leciwo¶æ i jêdzowato¶æ, podczas, gdy jest to m³odziutka rozwódka. Tymczasem – bêd±ca ca³kiem „na bie¿±co” z aktualnym ¿yciem rozrywkowym – baronowa Colmar Nika zna – tj. w przeciwieñstwie do Nika, wie jak wygl±da i, po prawdzie, nieco siê w nim podkochuje.
Relacje miedzy obojgiem zacie¶ni± siê podczas uroczystego przyjêcia urz±dzonego w budynku pu³ku... Niestety, wszystkie kobiety nosz± maski, tak, ¿e trudno poznaæ kto kim.
Cudowne sekundy odkrycia przez baronow± ³ydki – bo „oczko” w poñczosze jej pu¶ci³o – hipnotyzuj± Nika a niezawodny mêki zew powoduje, ¿e „w try-miga” Niko melduje siê przy baronowej – przy czym (powtarzam), Niko nie ma pojêcia, z kim ma do czynienia (kobieta ma na twarzy maskê)... Jednak¿e! Przez tê, doprawdy, chwilê rozmowy z baronow±, ma³o, ¿e udaje mu siê dotkn±æ jej ³ydki (!), wybroniæ siê z tego, to jeszcze udaje siê mu baronow± w sobie do imentu rozkochaæ! (niedo¶cig³y talent... muszê nauczyæ siê lekcji pana Niko!)
Niestety, baronowa prêdko siê ulatnia... A Niko? Niko pije na umór.
Oburzona rodzina, deleguje wiêc dwie ciotki-legatki rodzinnej sprawy – obroñczynie rodowej populacji – by doprowadzi³y Nika do porz±dku, ten jednak lekce je sobie wa¿y i „po swojemu” chce za³atwiæ sprawê z pani± baronow± – obraz której nie skojarzy³ siê jeszcze w jego g³owie z ow± piêkno¶ci± poznan± na balu (Niko jest „¶wiêcie” przekonany, ¿e wizytowaæ bêdzie jak±¶ kwa¶n± paniusiê!).
Tu¿ przed drzwiami willi baronowej wpada na pomys³ wymiany przyodziewków ze swoim ordynansem, by ju¿ doszczêtnie zakpiæ z z nadziei baronowej na mê¿a i, zw³aszcza, planów rodziny w¿enienia go w Colmarow± (której, przypominam, Niko na oczy nie widzia³!).
Szczwana baronowa widz±c, ca³± t± ¿a³osn± maskaradê Nika przez okno, robi co¶ podobnego ze swoj± pokojówk± (w tej roli piêkna Mira Zimiñska), tak, ¿e nikt ju¿ nie jest teraz sob± – graj±c role swoich partnerów: baronowa wciela siê w pokojówkê, ta w baronow±, Niko robi za swojego ordynansa a ten za Nika...
Kiedy jednak pary ludzi spotykaj± siê ze sob±, Niko od razu zakochuje siê w niby-s³u¿±cej (a, po prawdzie, baronowej Colmar), z kolei ordynans Nika (chwilowo wci¶niêty w jego mundur) zakochuje siê w pokojówce (chwilowo ubranej w suknie swojej prze³o¿onej)...
Z ca³ego tego risi-bisi wychodz± w ostateczno¶ci „prawomy¶lnie” skojarzone pary: Nika z baronow± i ordynansa z pokojówk±. W rezultacie wiêc, film koñczy siê „po my¶li” tak pocz±tkowo wy¶miewanych Pañstwa z najbli¿szej rodziny Nika („mrocznych” wujków i ciotek).
Ale my zostañmy przez moment przy dobrowolnym i niby (!) humorystycznym odwróceniu ról g³ównych bohaterów. Wydaje mi siê bowiem, ¿e w³a¶nie ów nieco „ma³o powa¿ny” gest obojga stron: baronowej i Nika, by zdegradowaæ siê w oczach kochanka; by, na czas mi³owania, odegraæ rolê nieuszlachetnionych (wirtualnymi przecie¿ tytu³ami szlacheckimi) ludzi; by, s³owem zanegowaæ sferê symbolicznego statusu spo³ecznego, jest chyba najlepszym przyk³adem dzia³ania fenomenu mi³o¶ci, która jest autentycznym gwa³tem na u¶wiêconych zwyczajem relacjach miêdzyludzkich, na status quo.
Wasz± uwagê uczulam na muzykê i teksty piosenek autorstwa prawnika, malarza – ¿ydowskiego pochodzenia p. Henryka Warsa (a, tak naprawdê, Henryka Warszawskiego [29.XII.1902 – 01. IX. 1977">); cz³owieka niebanalnego – wspó³pracownika i przyjaciela takich wy¶mienitych, uwa¿am, artystów, jak chocia¿by (mój ulubiony): Bing Crosby, Doris Day, Duszajewski, Chaczturian (obydwaj panowie s± s³ynnymi rosyjskimi kompozytorami), Dinah Stone, Brenda Lee czy Ira Gershwin (brat George'a)!
Je¶li ju¿ mowa o muzyce, to i ja mam swój ulubiony „moment”, jest nim piêkne – a têskne – mruczando wracaj±cych z pola ludzi (Niko przechadza siê wtenczas z baronow±-pokojówk± po jej w³o¶ciach). Uwielbiam tê pie¶ñ i zawsze do niej wracam. Szkoda tylko, ¿e nie trwa kapkê d³u¿ej.
By³oby wielk± niesprawiedliwo¶ci±, gdybym nie wspomnia³ o grze ludzi takiego kalibru jak p. Mira Ziminska, Loda Halama, czy (nieod¿a³owany) Jerzy Sempoliñski (w tym filmie przypad³a mu rola ksiêcia „z monoklem” - Lambensteina. Dodam tylko, ¿e p. Bohdan £azuka jest uczniem p. Sempoliñskiego – genialnego mistrza s³owa mówionego i miny).
Tak na marginesie, film Jana Nowiny-Przybylskiego i Konrada Toma uruchomi³ we mnie wspomnienia, które maj± – w moim przypadku – kolor be¿owy... Jako dziecko, du¿o czasu spêdza³em ze swoim (nieod¿a³owanym) dziadkiem Henrykiem – cz³owiekiem zapamiêtale pieczo³owitym, którego specyficzne pamiêtanie czasów dawnych, dawa³o na zewn±trz znaki aktualno¶ci czasów przesz³ych w formie jego sposobu zachowywania siê (dystans, niespieszno¶æ wypowiedzi), czy sposobie jego ubierania etc., tak, ¿e czêsto czu³em siê, autentycznie, skrêpowany z racji swoich sztruksów czy d¿insów wobec Jego l¶ni±cych butów czy materia³owych spodni o a¿ do tego stopnia widocznych kantach... Dziadek mój by³ bowiem synem przedwojennego mistrza cechu krawców w Lipsku – Stanis³awa Kabaciñskiego, który – w moim rodzinnym Strzelnie – prowadzi³ warsztat krawiecki szyj±cy odzie¿ „na miarê” [w³±cznie z butami, rêkawiczkami, cylindrami etc., a wszystko markowane naszywkami Kabaciñski">). No i zaleta filmu w moich oczach najwiêksza: dobre aktorstwo dobrze ubranych (!!!) mê¿czyzn! Nie da siê ukryæ: lubiê aktorstwo mê¿czyzn wygalantowanych – koszula, krawat, „itede” – a je¶li jeszcze trafi siê kto¶, kto – jak Leonard Cohen – powie, ¿e wykrochmalona koszula z krawatk± sprawia, ¿e czuje siê zrelaksowany, jestem ju¿ w ogóle doñ pozytywnie usposobiony!
Autor: Piotr Kabaciñski
<< Badania symulacyjne - a my ci±gle z ty³u! |
L¶nienie >>